niedziela, 1 listopada 2026

EPIZOD 297

 

„Na nieznanym terenie”


Przyjęcie urodzinowe księcia Chobo trwa w najlepsze. Na tarasie stoi Książę Volaure, Ambasador Kana oraz Królowa Namara. Panie mają jakieś kolorowe drinki, za to Książę pali papierosa tak aby dym nie leciał na żadną z dam.
- Szanowny Książę, wydajesz się być nie obecny. - powiedziała nagle Namara, stojąc dostojnie i klasą i jednocześnie spoglądając na władcę.
- Pewnie myśli o trójkącie z tak wspaniałymi kobietami jak my. - dodała Kana.
- Nie fascynują mnie te Kubowe zabawy, ale uznam to za komplement. - odpowiedziała Namara.
- I słusznie. - pochwaliła Kana.
- Kusząca propozycja… - powiedział w końcu Volaure, z uśmiechem i po ówczesnym wypuszczeniu dymu, a następnie dodał: - A odpowiadając z całym szacunkiem zacna Królowo…. Rozmowy o modzie, kolorach szminek, pudrów i tak dalej jak dla mnie brzmią jakbyście miłe Panie rzucały jakieś zaklęcia albo klątwy. Zatem nie było potrzeby aby osoba zielona w temacie wtrącała się w rozmowę prawdziwych znawczyń tylko po to aby zrobić z siebie idiotę.
- Strategicznie rozsądne Książę. - pochwaliła Namara, a następnie dodała: - Gdyby więcej mężczyzn to rozumiało, to rozmowy były by znacznie przyjemniejsze.
- Dostojni Władcy, dalsza część uroczystości jest gotowa. Książę Chobo zaprasza na odpakowywanie prezentów. - wtrącił nagle pokornie sługa, o niebieskiej karnacji.
- Już idziemy. - odpowiedział Volaure, a następnie zgasił papierosa.
- Książę, idź przodem, dogonimy Cię. - powiedziała Namara.
Volaure wzruszył ramionami, i wyszedł z tarasu, a Królowa kontynuowała:
- Młody książę, mimo swojej nieprzewidywalności sprawił, że lśnisz i zdecydowanie odżyłaś.

- Tak, coś w tym jest, ale myślę, że to dotyczy całej rady a nie tylko mnie. - odpowiedziała Kana z delikatnym uśmiechem.
- No może Ankara jest zarówno i bardziej sztywny a jednocześnie bardziej luźny. Przed pojawieniem się Księcia za cześć wydążeń z naszych obrad byłyby objęte konsekwencjami, a same zebrania byłyby wybitnie nudne.
- Jednak ta nieprzewidywalność i podmuch charyzmy, co wprowadza Książę, dobrze Nam robi.
- Jak najbardziej i w końcu nie jesteś już najmłodsza w naszym gronie. Dwa lata różnicy?
- Schlebiasz mi Pani, lecz jestem aż pięć lat starsza od Volaure.
- Im dłużej jest z Nami tym bardziej ta różnica wieku się zmienia. Doskonale sobie radzi i szybko się uczy.
- Dodatkowo ma doświadczenie, którego z całym szacunkiem większość Nas nie ma.
- Tak, zaplusowanie u Króla Ashga nie należy do łatwych, a jemu to się naturalnie udało. Gdyby zrobił to sztucznie to Ashga byłby pierwszym aby wywalić go z rady i to jeszcze przed
Ambasadorem Elinar.
- Temu staruchowi to chyba tylko Ambasador Ankara potrafi zaimponować.
- W sumie tak jak Książę Dossak, On też mógł liczyć na jego poparcie w radzie, co nie można powiedzieć o reszcie z Nas. Ambasador Elinar toleruje cześć rady tylko dlatego, że mamy swoje lata, lecz to kwestia czasu aby władza trafiła do młodszego pokolenia.
- Chociaż w tym przypadku następcy tego starego głupca do młodych tez już nie należą i wiekowo są starsi od najmłodszych w radzie.
- Pewne rzeczy pozostaną niezmienne, jednak to dobrze Młoda Krew i ż
ywiołowość Księcia ma dobry wpływ zarówno na Nas jak i na radę.
- Królowa Sansha jest innego zdania, zaraz po tym staruchu, chętnie wywaliła by go z rady.
- Królowa Sansha obecnie nie ma takiego przebicia w radzie aby tego dokonać. Po za tym swego czasu miała potężny układ z Księciem Dossakiem, dzięki czemu Zekeren nigdy nie zaatakowało Tochi Neko, gdzie obie dobrze wiemy, że układy z Dossakiem nic nie znaczyły i robił co chciał, a tu musiało być coś mocnego, skoro Tochi
Neko nigdy nie doświadczyło ataku ze strony Zekeren. Osobiście podejrzewam, że nowemu Księciu Zekeren ten układ przestał odpowiadać i możliwe, że nie ma z niego korzyści, więc go zerwał a teraz Nasza szanowna Królowa się mści.
- A to ciekawe, myślisz ze ta niechęć do Volaure jest bardziej wyrachowana niż zwykła rasowa niechęć do Młodego Zekereńczyka?
- Ambasador Kana, mówię tylko, że ta niechęć być może ma mocniejsze drugie dno, jednak jedno nie wyklucza drugiego, a wręcz jedno zdecydowanie umacnia drugie. - odpowiedziała spokojnie i dystyngowanie Namara, a po chwili dodała: - Myślę jednak, że czas abyśmy dołączyły do innych władców, bo inaczej nasza rozmowa zostanie źle odebrana.
- W sumie masz rację.
Po chwili władczynie udały się do dużej sali gdzie pośrodku jubilat otwiera prezenty od gości oficjalnego przyjęcia dla władców. Kiedy wszyscy władcy byli w środku, to książę Chobo podszedł do sporego stołu na którym stoją różne paczki, torebki i prezenty. Jubilat przez chwilę wybierał pierwszy prezent do otwarcia. Wkrótce jego uwagę zwrócił prostokątny zielony prezent, który wyróżnia się tym, że jest zapakowany najmniej widowiskowo. Można wręcz powiedzieć, że on ginie i nie rzuca się w oczy, a jednak przyciągnął spojrzenie księcia, który szybko wziął do ręki i zaczął otwierać. Chobo wyjął z niej starą, mocno wytartą i miejscami nawet zakurzoną księgę, która dosłownie wygląda jak zakurzony śmieć z archiwum
- O fuj… - dało się usłyszeć neczanską królowa.
- Szanowni Władcy od którego z Waszmości to prezent? - spytał nagle sługa, stojący obok.
- Ode mnie. - powiedział z dumą Volaure, i wychodząc z kręgu władców.
- Jakoś mnie to nie dziwi, takiego śmiecia to mogło dać tylko Zekeren. -powiedziała Sansha.
Inni goście też zaczęli szeptać o starej księdze i o tym jak duże „fopa” popełnił władca. Tym czasem Chobo z wielkimi oczami delikatnie przeglądał księgę.
- TO NIESAMOWITE! - powiedział nagle jubilat z dużymi zafascynowanymi oczami, a następnie chciał entuzjastycznie coś dopowiedzieć, ale jest w nim tyle emocji ze aż zabrakło mu słów.
- To „Tharvek Dravun-Krosh Varel Krestom” – powiedział Volaure szczerząc kły.
- A po ludzku? - spytała zniesmaczona Sansha.
- „Księga Walki Smoków. Kodeks Praw” – odpowiedział Chobo, wyraźnie zafascynowany darem a po chwili dodał: - To spisana ręcznie księga, pochodząca z pierwszego turnieju walk smoków… z tego co widzę zawiera zasady, które dzisiaj wydają się totalnie absurdalne, są też odręczne poprawki, nazwiska i statystyki zawodników jak i notatki sędziów oraz podpisy twórców, w tym Księcia Dossaka i innych założycieli Zekeren. To zaskakujące, że jest w tak dobrym stanie!
Następnie Chobo podszedł z księgą w rękach do władcy Zekeren, po czym pokłonił się przed nim i powiedział: - Dziękuję Książę, to niesamowity prezent który będzie perłą w koronie mojej kolekcji.
- Luz… To jedyny egzemplarz … Oficjalnie nie istnieje. - odpowiedział Volaure mrugając okiem a następnie na ucho Chobo dodał: - Tam jest też koperta, z wszelką dokumentacją, że legalnie jest Twoja.
- To fantastyczne wieści drogi książę. Dziękuję. - odpowiedział Chobo.
Następnie prze szczęśliwy Jubilat wrócił do stołu. Jest po nim widać, że jest jednocześnie szczęśliwy jak i że odebrało mu mowę. Reszta władców z podziwem i wielkim zaskoczeniem obserwowała zaistniałą sytuację, jednocześnie są mocno niedowierzający że taki „śmieć” okazał się tak cennym darem. Wyjątkiem są Ambasador Ankara i Król Ashga, którzy są pozytywnie zaskoczeni i pełni podziwu.


************


Podróż jako ładunek była długa, powolna ale jednocześnie stabilna i spokojna. Podczas drogi część oddziału drzemała czujnym snem, to było lepsze rozwiązanie niż nadmiar pogaduszek, które mogły zwrócić czyjąś uwagę. Na samym szczycie jest dość duszno, a zarazem nie jest jest jakoś mocno gorąco wręcz przeciwnie sama temperatura w magazynie na szczycie jest nawet sporo niższa niż ta na dole.
- Ale tu duchota… niby piwnica a powietrze jest mega ciężkie… - stwie
rdził Otachi chowając się za wysokimi skrzyniami.
- Jak na szczyt wulkanu jest luz … i dla mnie mogłoby być cieplej ale moja skóra delikatnie się lepi. - dodała Kiazu, będąca niedaleko brata.

- Czuję się, jakby nie było tutaj w ogóle powietrza. - dodała Diuna, będąca za innymi skrzyniami.
- Mogę Cie zapewnić Siora, że jest tu powietrze… - odpowiedział Otachi.
-
Ciekawe ile nam zajmie zaaklimatyzowanie się? - zastanawiała się Diuna.
- Pewnie dość szybko. - odpowiedziała Kiazu.
- I tak jesteście w ciekawym miejscu, na szczycie tego wulkanu to powinno być gorąco w huj i dodatkowo duchota. Brzmi jak dobre zaprojektowany pałac… hmm… Jeśli to możliwe to trzymajcie się z dala od głównego krateru wulkanu tam to będzie piekło, które chyba tylko Kiazu przetrwa a i tak może mieć ciężko. - wtrącił mimochodem Rudy.
- Az kusi mnie tam pójść… - odpowiedziała Kiazu.
-
Pamiętaj że cały oddział jest ważny a nie tylko TY. - odpowiedział generał.
- Tak, tak wiem … - odpowiedziała Kiazu przewracając oczami.
- Ogólnie mury są tutaj tak grube że moja moc nic „nie widzi” i ciężko mi nawet w tym magazynie coś „zobaczyć” – dodał Hachi.
- No to poruszacie się po omacku, uważajcie tam na siebie. - Powiedział Rudy.
- Tak jest. - odpowiedział zgodnie oddział.
-
Jeśli układ jest podobny do tego co było przed wojną to sala tronowa powinna być w głębi pałacu mniej więcej w centrum. - dodał generał.
- Wydaje mi się, że wygląda inaczej, ale też wchodziliśmy chyba od innej strony … - dodał Hachi, który obecnie ma na sobie plecak i jest za niego odpowiedzialny.
- Luz odnajdziemy się i ogarniemy. - dopowiedział Otachi.
- Jak nie to wparuje z buta i sama do Nas przyjdzie. - dodała Kiazu.
- Może lepiej nie? Jeszcze pół armii ściągniesz… - wtrąciła Diuna.
- Tylko pół? Sis nie doceniasz Jej .. - odpowiedział Hachi.
- Właśnie! - odpowiedziała Kiazu z uśmiechem.
-
W sumie jakby przyszła sama Nyxana to nie było by takie źle… - stwierdziła Diuna.
-
Koniec pogaduszek, idziemy. - wtrącił chłodno Kurai.
- Ta jest. - odpowiedziało zgodnie rodzeństwo.


************


Generał Rudy wraz z swoimi dwoma kapitanami je właśnie śniadanie. Panowie siedzą pod wojskowym namiotem bez ścian. Jest tam tylko jeden długi stół i dwie równie długie ławki, jednak nikogo więcej nie ma w bezpośrednim pobliżu. Generał ma odpalonego swojego laptopa, a kapitanowie maja przy sobie tablety, na których również coś klikają podczas jedzenia.
- To że Kiazu mi nie odpisuje, to się zdarza jak nie trafiam w okienko odpisywania… ale że Rina? To już dziwne … - powiedział nagle Amis.
- A co z tą też romansujesz? - zaśmiał się Moyoshi.
- Nie… ale jest dobrym pingiem dla Mojej Kiazu, jak ta nie odpisuje… - odpowiedział Amis.
- Są na misji, mają ważniejsze rzeczy na głowie niż prywatne pogaduszki... - wtrącił spokojnie Rudy.
- Taaa… jesteś pewien, że nic im nie jest? - spytał Moyoshi.
- Na te chwile myślę, że bankowo nic im nie jest. - odpowiedział generał.
- Jesteś tego mocno pewny… - powiedział Moyoshi.
- A Ty jakoś jesteś dziwnie „opiekuńczy” – powiedział Rudy, wymownie mierząc kapitana wzrokiem.
- Wydaje Ci się … - odpowiedział nerwowo Moyoshi, prostując się.
- Pewnie jak zwykle się bawią i wygłupiają... - dodał Amis.
- To by było bardzo w ich stylu. - dopowiedział Moyoshi.
- No właśnie, więc nie ma co się martwić. - powiedział generał zapatrzony w monitor.
- A zapomniałbym, oddział Taakat zgłaszał że dotarli na miejsce i rozbili obóz. - wtrącił Amis.
- Dobrze, niech się tam rozejrzą i meldują, aha i zarzućcie im stały nasłuch. - odpowiedział Rudy.
- Tak jest. - odpowiedzieli zgodnie kapitanowie, a następnie Moyoshi dodał: - Szukają tam czegoś konkretnego?
- Mamy odczyty, że tam są dziwne zjawiska i maja sprawdzić czy to rzeczywiście anomalie czy coś innego. - odpowiedział spokojnie generał.


************


Neczanski oddział buszujący po pałacu przeciwników, rozdzielił się. Tym sposobem Diuna, Kiazu i Rina były jedna drużyną, Hachi i Otachi drugą, a Kurai porusza się sam. Dzięki temu szybciej badają ten duży i nieznany teren. Neczańscy Bracia trafili to wielkiego pomieszczenia, pośrodku którego znajduje się głęboka dziura. Idzie ona zarówno głęboko w dół jak i wysoko w górę.
- Strasznie dziwne pomieszczenie. - powiedział Hachi.
- Bro i mega dobrze tu wieje. - dodał Otachi, a po chwili dopowiedział: - Tutaj mega dobrze się oddycha.
-
Opiszcie miejsce. - zainteresował się generał.
- Kamienny tunel idący pionowo w górę i w dół. - odpowiedział Hachi.
- A to zapewne system wentylacyjny, w górę prawdopodobnie prowadzi na powierzchnie, a w dół do rur wentylacyjnych całego pałacu. - opowiedział Rudy.
- Czyli idąc w dół docieramy do szybkiego podróżowania po całym pałacu? - zaciekawił się Otachi.
- Tak, można to tak ująć. - odpowiedział generał.
- Bro, myślisz o tym samym co ja? - zapytał Otachi z uśmiechem chochlika.
- I to jeszcze jak Bro. - odpowiedział Hachi, również szczerząc kły.
Po tych słowach bracia przybili sobie żółwika, a następnie obaj robiąc popisowe salta wskoczyli do środka szybu. Następnie zaczęli z dużą szybkością biec na około po kamiennym ścianach. Jeden w jedna stroną a drugi w przeciwną, kierując się do dołu, dzięki temu nie wpadają na siebie jak nie przeszkadzają sobie nawzajem. Po dłuższej chwili nagle zawiał gwałtowny podmuch powietrza, który jest na tyle silny, że bez trudu uniósł braci w górę. Wyniesieni w powietrze neczanie złapali się krzyżowo za ręce, co spowodowało, że bracia zaczęli wirować jak wiatrak unosząc się jeszcze wyżej. Następnie kierunek wiatru nagle zmienił się i neczanie wirując w drugą stronę lecą bardzo szybko w dół.
- Po prawo na dole jest szyb. - powiedział nagle Hachi, który chwilowo zamknął oczy i się skupił.
- Dobra Bro – odpowiedział Otachi, a następnie wietrzny neczanin napiął mięśnie i stanął pionowo. To spowodowało, że obaj zaczęli wirować jeszcze szybciej. Nagle Otachi puścił brata, latającego poziomo. Ziemny neczanin zrobił jeszcze dwa kółka w tym tunelu a następnie siła odrzutu wepchnęła go w boczny szyb, gdzie zrobił kilka przewrotów w przód zanim wyhamował. Następnie Hachi zaraz po wyhamowaniu podbiegł do szybu i swoją kamienna mocą stworzył zjeżdżalnie, po której popisowo zjechał Jego brat. Tym samym w końcu obaj byli tam gdzie powinni.
- To było zajebiste! - krzyknęli radośnie bracia, zaraz po zniknięciu zjeżdżalni jednocześnie przybijając sobie piątkę.
- Chce wiedzieć co odwaliliście? - spytał spokojnie Rudy.
- Nah… - stwierdził Hachi.
- Jesteśmy w wentylacji. - dodał Otachi, śmiejąc się pod nosem.
- I tyle mi wystarczy. - odpowiedział generał.


************


W innej części pałacu neczanskie siostry skradając się dotarły do dużej i przestronnej kuchni. Jest w niej ogromny kamienny piec, jak i parę kuchenek, szafek i blatów roboczych. Po środku jest masywna wyspa na której stoją jakieś aromatyczne i jeszcze ciepłe babeczki i owoce. Mimo całkiem wczesnej pory, po tym pomieszczeniu krzątają się obecnie dwie osoby które wszystko szykują i są bardzo mocno zajęte robotą. Jednak dziewczyny i tak starają się być bardzo cicho.
-
Nah… - powiedział Hachi przez łączność.
-
Jesteśmy w wentylacji. - dodał Otachi.
- I tyle mi wystarczy. - odpowiedział generał.
- Ci jak zawsze coś … - wyszeptała Diuna przewracając oczami i chowając się za wysoką szafką.
- Dobrze się bawią i tyle … - odpowiedziała cicho Kiazu schowana za wyspą kuchenną, a następnie dodała: - Idziemy dalej …
- Taaaa…. - powiedziała Diuna, a następnie ruszyła do przodu.
Pozostałe siostry również cicho zaczęły iść. Nagle Diuna wpadła w jakiś pusty garnek stojący na podłodze, narobiła przy tym sporo rumoru. Psychiczna neczanka w ostatniej chwili schowała się za lodówką. Niestety narobiony hałas i tak sprawił, że obie osoby będące w kuchni się zainteresowały i wymorzyły swoja czujność. Niewiele myśląc Kiazu zmieniła się w smukła czarną kotkę i najpierw przebiegła kuchcikom pod nogami co dało możliwość aby Rina wyszła z kuchni prze szeroko otworzone drzwi, po czym Kiazu zachowywała się jak rasowy kot, a to coś zwaliła, a to podskoczyła wysoko i wskoczyła na głowę jednego z kuchcików, aby potem wybić się jeszcze wyżej. Powstał swego rodzaju chaos gdzie dwóch kuchcików nie mogło złapać jednego brojącego czarnego kota. Ognista neczanka rozrabiała w kuchni tak długo póki nie spostrzegła, że obie jej siostry wyszły z kuchni. Następnie dobrze się bawiąc, i robiąc to w popisowy sposób, zwaliła jeszcze parę wiszących garnków, jak i przedmiotów stojących na blacie, jednocześnie uważając aby nikt Jej nie złapał. Następnie zwinnymi ruchami podbiegła pod okno i udała, że wyskakuje przez otwarte okno, a tak naprawdę odbiła się od futryny i uciekła z kuchni tymi sami drzwiami co jej siostry. Jeden z kuchcików nawet wyjrzał za nią i wręcz zatrzasnął okno, aby ponownie nie wskoczyła do kuchni.
Okazało się, że otwarte drzwi kuchenne zaprowadziły neczanki do sporej jadalni z dużym stołem, który jest przykryty białym obrusem. Pod nim znajdowała się już Rina oraz Diuna.
- Rany … nadal tu pachnie tymi babeczkami… - stwierdziła nagle Kiazu, przemieniając się z postaci kota pod stołem, obok sióstr.
- Może dlatego, że zgarnęłam parę? - odpowiedziała Diuna z uśmiechem i pokazując w trzy babeczki w dłoniach.
- Oho czas na śniadanie! - odpowiedziała radośnie Kiazu, a następnie zabrała dwie babeczki i jedna dała wodnej siostrze a drugą zaczęła jeść sama.
- Serio musiałaś ten raban robić? - wtrącił nagle rudy przez łączność.
- No co? Ważne, że Nas nie złapali... - odpowiedziała Kiazu.
- Nie skomentuję tego … ale jesteście niemożliwi… - powiedział generał lekko załamanym głosem.
- Też Cię kochamy… - odpowiedziała Kiazu, cmokając kilka razy do łączności z delikatnym uśmieszkiem i zjadając swoją babeczkę.


************



Wielka arena otoczona widownią, która jest tak wielka, że pomieściła by dosłownie wszystko co mogłoby przyjść do głowy. Wszystkie miejsca dla publiczności są zajęte. Panuje tutaj zgiełk, euforia i podekscytowanie. Na arenie obecnie toczy się walka między dwoma uczestnikami walk smoków. Starcie można oglądać zarówno bezpośrednio na arenie, jak i na ogromnym telebimie. a przednimi dość wysoko był oszklony pokój pod którym znajdował się ogromny telebim. Całemu temu widowisku uważnie przygląda się książę Volaure, który opiera się o szklaną ścianę swojej komnaty, zajmującej się nad areną. Władca pali papierosa i nadal przysłuchuje się jednemu neczańkiemu oddziałowi, w taki sposób, że Oni go nie usłyszą nawet jak się odzywa. Za to słyszy go neczanski generał.
-
Kurai, jaka jest Twoja pozycja? - spytał nagle generał.
- Generale, nie ma co go wywoływać… podejrzewam, że nie odpowie na to pytanie. - powiedział w końcu Volaure, przerywając trochę napięta ciszę, a następnie dodał: - Profesjonalnie podchodzi do działania i zachowując totalna ciszę jest wstanie osiągnąć znacznie więcej zwłaszcza w pojedynkę, dzięki temu unika złapania...
- O ile już nie został złapany. - odpowiedział Rudy.
- Hmm.. na moje Generale w momencie jakby dał się złapać to już byśmy stracili łączność… nawet jak mu tego zabroniłeś to obstawiam, że dla ochrony oddziału i tak by to zrobił.
- W sumie masz racje Książę.
- Chyba już Ci nie odpowie. - powiedziała nagle Diuna. Z jej perspektywy do tej pory była długa cisza.
- I nie musi, jak widać sytuacja w której jest wymaga ciszy. - odpowiedział Generał.
- Taaa... - stwierdziła Diuna.
- Ale dziwne pomieszczenie - wtrącił nagłe Otachi.
-
Dziwne to znaczy jakie? - zainteresował się Generał.
-
Jest spore, bez drzwi i pełne zegarów oraz luster – odpowiedział Otachi.
-
I z tego co widzimy przez wentylacyjne kraty, to każdy zegar ma inna godzinę. - dodał Hachi.
- I chyba każdy się odbija w co najmniej jednym lustrze.. - dopowiedział Otachi.
- Możecie je olać i iść dalej. - powiedział Generał.
- Tak jest. - odpowiedzieli zgodnie Bracia.
Następnie Volaure podpisał parę dokumentów, w międzyczasie dość uważnie poobserwował trwające starcie, jak i odpisał na jakąś wiadomość. Przez dłuższa chwile nawet nie skupiał się zbytnio na tym co mówi podsłuchiwany oddział.
- Książę, kiedy byłeś jeszcze kapitanem, to jak duży oddział miałeś pod swoim komandem?- spytał nagle generał.
- Dosłownie całą armie. - odpowiedział prawie automatycznie Volaure, a następnie przypalił papierosa, zaciągnął się i dodał: - Nasz mały oddział do zadań specjalnych, że tak to ujmę, liczył w porywach do 3-4 osób i skład był stosunkowo zmienny.
- Rozumiem, to bardzo mały oddział.

- Owszem, lecz małe oddziały mają swoje plusy i jestem pewien, ze gdyby nie przepisy chętnie byś miał 2-3 osobowe oddziały chociażby zwiadowcze czy taktyczne do odwracani uwagi.
- Masz racje Książę. Ogólnie swoboda oddziałowa dałaby wiele dobrego…
- A to swoją drogą…
- Otachi, pa na to! - powiedział nagle Hachi. Potem dało się słyszeć różne bliżej nie określone dźwięki, które mogą znaczyć dosłownie wszystko.
- Whoooaaa! To teraz moja kolej! - odpowiedział entuzjastycznie Otachi, i dziwne dźwięki ponowiły się.
- Chce wiedzieć co tam robicie? - spytał Rudy.
- Nie koniecznie… - odpowiedział rozbawionym głosem Otachi
- Przepraszam Książę … Oni są pojebani, ale cholera, skuteczni. - odpowiedział generał.
- Ta… a to dopiero początek ich zalet … Generale, tak
długo jak wracają z akcji z takimi a nie innymi wynikami, to jak dla mnie mogą sobie nawet śpiewać po drodze. - odpowiedział spokojnie Volaure uśmiechając się pod nosem.
-
To ja wole aby nie śpiewali, chyba że pod prysznicem, nasze uszy mogą tego nie wytrzymać. - odpowiedział Generał.
- Chyba wiesz coś więcej niż ja. - dodał Volaure, śmiejąc się pod nosem.
- To opowieść na kiedyś tam. - odpowiedział Generał.
- Właśnie, minął już wystarczający czas od zdarzenia aby pojawiły się raporty i o ile mi wiadomo to na polu bitwy miał być tez Generał
Karyami i Kapitan Eish, ktoś ich widział?
-
Tak Książę, tez dotarły do Nas takie informacje i to z dość pewnego źródła. I tak Eish był widziany z dala od mojego obozu za to bardzo blisko obozów Króla Ashgi jak i Ambasadora Elinar gdzie, głównie w tym drugim siał pogrom swoją trucizną, wielu przez nią zmarło, a jeszcze więcej trafiła do lazaretu… Ta jego walona trucizna dała się mocno we znaki...Za to bezpośrednio na polu walki nikt nie widział Karyami, a w każdym razie nikt tego nie zgłosił … za to jeden oddział zgłaszał że był obecny przy portalu ale tylko przez chwilę. Potem nie wiadomo co się z nim stało. - odpowiedział Generał.
- Rozumiem, podejrzewam, że miał inne zadanie.
- Obawiam się Książę, że masz racje, a to raczej nie oznacza niczego dobrego dla Nas…
- Zobaczymy.
- Masz Książę jakieś domysły?
- Nope, jednak to dość niecodzienne zachowanie, jak na tak wysoko postawionego wojskowego, który nie słynie z zamykania się namiocie podczas bitew.
- Masz racje Książę. Karyami bez jakiegoś rozkazu byłby pierwszy na polu bitwy i pokazywał jak się tańczy… ciekawe jakie miał rozkazy… Hmmm…. roześle informatorów i zobaczymy co z tego wyniknie.


************



Wkrótce neczanki, skradając się długim ciemnym korytarzem, praktycznie bez okien dotarły pod masywne, złoto zdobione drzwi. Są one bardzo eleganckie i utrzymane trochę w gotyckim stylu.
- Jakie wielkie drzwi. - stwierdziła Diuna.
- Takie czerwono czarne z masą złotych zdobień, i są tak wielkie, że czuje się przy nich malutka i nic nie znacząca. - dodała Rina, zanim padło jakiekolwiek pytanie.
- O tak robią wrażenie. - dopowiedziała Kiazu.
- Hmmm…. To może być sala tronowa, o tej godzinie istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeszcze jest pusta. Najprędzej władcy są na zebraniu... - odpowiedział Generał.
- Dobra to wchodzimy. - odpowiedziała pewnie Kiazu.
Następnie ognista neczanka nacisnęła na klamkę, tym samym drzwi do sali tronowej otworzyły się wręcz bezszelestnie, wkrótce odsłaniając ogromną przestrzeń pogrążoną w półmroku. Czerń kamiennych ścian ginie wysoko pod sklepieniem, którego ostrza i łuki przypominają wnętrze gotyckiej katedry, lecz pomiędzy nimi wyrastają smukłe, kunsztownie zdobione konstrukcje inspirowane dalekowschodnimi pałacami. Ciemne drewno, czarny kamień i metal splatają się ze sobą w jedną, niemal nienaturalną całość, a z wysokich belek zwisają ciężkie, karmazynowe chorągwie, które poruszają się leniwie w gorącym powietrzu. Wzdłuż sali ustawione są masywne filary, każdy z nich pokryty jest misternymi wzorami smoków, których ciała wiją się wokół kamienia niczym żywe stworzenia. Ma się wręcz wrażenie, że one w każdej chwili mogą ożyć. Między nimi zawieszone są czerwone lampiony, rzucające drżące, pomarańczowożółte światło na posadzkę. Nie wystarcza ono jednak, aby rozproszyć ciemność tego pomieszczenia. Ten mrok zdaje się być integralną częścią samego pałacu.
Przez ogromne, wysokie okna do pomieszczenia wpada czerwona poświata lawy. Intensywne światło lawy przesuwa się po ścianach i kolumnach, sprawiając wrażenie, jakby cały pałac oddychał własnym, gorącym oddechem. W niektórych miejscach płomienie odbijają się w czarnej, wypolerowanej posadzce, tworząc pod stopami iluzję płynnego ognia. Na końcu sali, wysoko ponad jej poziomem, znajduje się wspaniały tron, do którego prowadzą szerokie schody, których każdy stopień tonie w czerwieni i czerni. Po obu stronach wejścia na podest stoją ogromne posągi smoków, zwrócone ku sobie, z rozwartymi paszczami i łuskami połyskującymi w blasku lawy. Ich kamienne oczy zdają się śledzić każdego, kto próbowałby zbliżyć się do władcy. Sam tron był jeszcze bardziej imponujący. Wykuty z ciemnego materiału, niemal czarnego jak noc, został opleciony misternymi, złotawymi zdobieniami przypominającymi wijące się smoki i płomienie. Nad tronem wiszą ciężkie czerwone tkaniny, opadające niemal do samej posadzki. Cała sala sprawiała wrażenie miejsca stworzonego nie po to, by przyjmować gości, lecz by przypominać im, gdzie się znaleźli.
W tej majestatycznej sali tronowej, na wspaniałym i nietypowym tronie wykutym z ciemnego materiału, niemal czarnego jak noc, oplecionym misternymi, złotawymi zdobieniami przypominającymi wijące się smoki i płomienie. Zasiada kobieta o
ciepłej karnacji i smukłej, wyraźnie kobiecej sylwetce. Ma ona długie burgundowe włosy, upięte wysoko w duży, misterny kok, z którego wymykają się pojedyncze kosmyki opadające na twarz. Dodatkowo ma na sobie białą koronę powstałą z czaszek jakiś ptaszych stworzeń, która mocno kontrastują z czerwienią jej włosów. Jej twarz jest delikatna, o łagodnych rysach, zielonych oczach i lekkim, pewnym siebie uśmiechu oraz wspaniałych, błyszczących, pełnych pogardliwego spojrzenia limonkowych oczach. Jej strój jest niezwykle skąpy i utrzymany przede wszystkim w czerni oraz głębokiej czerwieni. Czarne elementy układają się na jej ciele w ostre, przypominające pazury, miseczki, które podtrzymują jest duże i kształtne piersi, podczas gdy czerwony materiał oplata biodra i spływa w dół niczym płomień. Przy szyi nosi czarną ozdobę z jasnym, czaszkopodobnym elementem, nadającą jej wyglądowi nieco mrocznego, demonicznego charakteru. Na jednym ramieniu znajduje się czerwony akcent przypominający fragment dekoracyjnej narzutki. Cała jej postawa jest bardzo swobodna, wręcz nonszalancka i nadaje jej aurę kogoś niezwykle pewnego siebie, przebiegłego i odrobinę bezczelnego. Zdecydowanie nie wygląda na kogoś, kto musi demonstrować swoją władzę, raczej na osobę, która doskonale wie, że ją posiada.
- O cholera… - dało się usłyszeć głos Diuny.
- Co? Co tam jest? - spytał generał.
- Nyxana! - odpowiedziała z determinacją w głosie Kiazu, zaciskając pięści.
- Tu jest Nyxana i zasiada na tronie. - doprecyzowała stosunkowo cicho Rina.
- O cholera… - powiedział generał.
- No przecież mówię. - odpowiedziała Diuna.