„Na
nieznanym terenie”
Przyjęcie
urodzinowe księcia Chobo trwa w najlepsze. Na tarasie stoi Książę
Volaure, Ambasador Kana oraz Królowa Namara. Panie mają jakieś
kolorowe drinki, za to Książę pali papierosa tak aby dym nie
leciał na żadną z dam.
- Szanowny Książę, wydajesz się
być nie obecny. - powiedziała nagle Namara, stojąc dostojnie i
klasą i jednocześnie spoglądając na władcę.
- Pewnie myśli
o trójkącie z tak wspaniałymi kobietami jak my. - dodała Kana.
-
Nie fascynują mnie te Kubowe zabawy, ale uznam to za komplement. -
odpowiedziała Namara.
- I słusznie. - pochwaliła Kana.
-
Kusząca propozycja… - powiedział w końcu Volaure, z uśmiechem
i po ówczesnym wypuszczeniu dymu, a następnie dodał: - A
odpowiadając z całym szacunkiem zacna Królowo…. Rozmowy o
modzie, kolorach szminek, pudrów i tak dalej jak dla mnie brzmią
jakbyście miłe Panie rzucały jakieś zaklęcia albo klątwy. Zatem
nie było potrzeby aby osoba zielona w temacie wtrącała się w
rozmowę prawdziwych znawczyń tylko po to aby zrobić z siebie
idiotę.
- Strategicznie rozsądne Książę. - pochwaliła
Namara, a następnie dodała: - Gdyby więcej mężczyzn to
rozumiało, to rozmowy były by znacznie przyjemniejsze.
-
Dostojni Władcy, dalsza część uroczystości jest gotowa. Książę
Chobo zaprasza na odpakowywanie prezentów. - wtrącił nagle
pokornie sługa, o niebieskiej karnacji.
- Już idziemy. -
odpowiedział Volaure, a następnie zgasił papierosa.
- Książę,
idź przodem, dogonimy Cię. - powiedziała Namara.
Volaure
wzruszył ramionami, i wyszedł z tarasu, a Królowa kontynuowała:
-
Młody książę, mimo swojej nieprzewidywalności sprawił, że
lśnisz i zdecydowanie odżyłaś.
-
Tak, coś w tym jest, ale myślę, że to dotyczy całej rady a nie
tylko mnie. - odpowiedziała Kana z delikatnym uśmiechem.
- No może Ankara jest zarówno i bardziej sztywny a
jednocześnie bardziej luźny. Przed pojawieniem się Księcia za
cześć wydążeń z naszych obrad byłyby objęte konsekwencjami, a
same zebrania byłyby wybitnie nudne.
- Jednak ta
nieprzewidywalność i podmuch charyzmy, co wprowadza Książę,
dobrze Nam robi.
- Jak najbardziej i w końcu nie jesteś już
najmłodsza w naszym gronie. Dwa lata różnicy?
- Schlebiasz mi
Pani, lecz jestem aż pięć lat starsza od Volaure.
- Im dłużej
jest z Nami tym bardziej ta różnica wieku się zmienia. Doskonale
sobie radzi i szybko się uczy.
- Dodatkowo ma doświadczenie,
którego z całym szacunkiem większość Nas nie ma.
- Tak,
zaplusowanie u Króla Ashga nie należy do łatwych, a jemu to się
naturalnie udało. Gdyby zrobił to sztucznie to Ashga byłby
pierwszym aby wywalić go z rady i to jeszcze przed Ambasadorem
Elinar.
- Temu staruchowi to chyba tylko Ambasador Ankara
potrafi zaimponować.
- W sumie tak jak Książę Dossak, On też
mógł liczyć na jego poparcie w radzie, co nie można powiedzieć o
reszcie z Nas. Ambasador Elinar toleruje cześć rady tylko dlatego,
że mamy swoje lata, lecz to kwestia czasu aby władza trafiła do
młodszego pokolenia.
- Chociaż w tym przypadku następcy tego
starego głupca do młodych tez już nie należą i wiekowo są
starsi od najmłodszych w radzie.
- Pewne rzeczy pozostaną
niezmienne, jednak to dobrze Młoda Krew i żywiołowość
Księcia ma dobry wpływ zarówno na Nas jak i na radę.
-
Królowa Sansha jest innego zdania, zaraz po tym staruchu, chętnie
wywaliła by go z rady.
- Królowa Sansha obecnie nie ma takiego
przebicia w radzie aby tego dokonać. Po za tym swego czasu miała
potężny układ z Księciem Dossakiem, dzięki czemu Zekeren nigdy
nie zaatakowało Tochi Neko, gdzie obie dobrze wiemy, że układy z
Dossakiem nic nie znaczyły i robił co chciał, a tu musiało być
coś mocnego, skoro Tochi Neko
nigdy nie doświadczyło ataku ze strony Zekeren. Osobiście
podejrzewam, że nowemu Księciu Zekeren ten układ przestał
odpowiadać i możliwe, że nie ma z niego korzyści, więc go zerwał
a teraz Nasza szanowna Królowa się mści.
- A to ciekawe, myślisz ze ta niechęć do Volaure jest
bardziej wyrachowana niż zwykła rasowa niechęć do Młodego
Zekereńczyka?
- Ambasador Kana, mówię tylko, że ta niechęć
być może ma mocniejsze drugie dno, jednak jedno nie wyklucza
drugiego, a wręcz jedno zdecydowanie umacnia drugie. - odpowiedziała
spokojnie i dystyngowanie Namara, a po chwili dodała: - Myślę
jednak, że czas abyśmy dołączyły do innych władców, bo inaczej
nasza rozmowa zostanie źle odebrana.
- W sumie masz rację.
Po
chwili władczynie udały się do dużej sali gdzie pośrodku jubilat
otwiera prezenty od gości oficjalnego przyjęcia dla władców.
Kiedy wszyscy władcy byli w środku, to książę Chobo podszedł do
sporego stołu na którym stoją różne paczki, torebki i prezenty.
Jubilat przez chwilę wybierał pierwszy prezent do otwarcia. Wkrótce
jego uwagę zwrócił prostokątny zielony prezent, który wyróżnia
się tym, że jest zapakowany najmniej widowiskowo. Można wręcz
powiedzieć, że on ginie i nie rzuca się w oczy, a jednak
przyciągnął spojrzenie księcia, który szybko wziął do ręki i
zaczął otwierać. Chobo wyjął z niej starą, mocno wytartą i
miejscami nawet zakurzoną księgę, która dosłownie wygląda jak
zakurzony śmieć z archiwum
- O fuj… - dało się usłyszeć
neczanską królowa.
- Szanowni Władcy od którego z Waszmości
to prezent? - spytał nagle sługa, stojący obok.
- Ode mnie. -
powiedział z dumą Volaure, i wychodząc z kręgu władców.
-
Jakoś mnie to nie dziwi, takiego śmiecia to mogło dać tylko
Zekeren. -powiedziała Sansha.
Inni goście też zaczęli
szeptać o starej księdze i o tym jak duże „fopa” popełnił
władca. Tym czasem Chobo z wielkimi oczami delikatnie przeglądał
księgę.
- TO NIESAMOWITE! - powiedział nagle jubilat z dużymi
zafascynowanymi oczami, a następnie chciał entuzjastycznie coś
dopowiedzieć, ale jest w nim tyle emocji ze aż zabrakło mu słów.
-
To „Tharvek Dravun-Krosh Varel Krestom” – powiedział Volaure
szczerząc kły.
- A po ludzku? - spytała zniesmaczona
Sansha.
- „Księga Walki Smoków. Kodeks Praw” –
odpowiedział Chobo, wyraźnie zafascynowany darem a po chwili dodał:
- To spisana ręcznie księga, pochodząca z pierwszego turnieju walk
smoków… z tego co widzę zawiera zasady, które dzisiaj wydają
się totalnie absurdalne, są też odręczne poprawki, nazwiska i
statystyki zawodników jak i notatki sędziów oraz podpisy twórców,
w tym Księcia Dossaka i innych założycieli Zekeren. To
zaskakujące, że jest w tak dobrym stanie!
Następnie Chobo
podszedł z księgą w rękach do władcy Zekeren, po czym pokłonił
się przed nim i powiedział: - Dziękuję Książę, to niesamowity
prezent który będzie perłą w koronie mojej kolekcji.
- Luz…
To jedyny egzemplarz … Oficjalnie nie istnieje. - odpowiedział
Volaure mrugając okiem a następnie na ucho Chobo dodał: - Tam jest
też koperta, z wszelką dokumentacją, że legalnie jest Twoja.
-
To fantastyczne wieści drogi książę. Dziękuję. - odpowiedział
Chobo.
Następnie prze szczęśliwy Jubilat wrócił do stołu.
Jest po nim widać, że jest jednocześnie szczęśliwy jak i że
odebrało mu mowę. Reszta władców z podziwem i wielkim
zaskoczeniem obserwowała zaistniałą sytuację, jednocześnie są
mocno niedowierzający że taki „śmieć” okazał się tak cennym
darem. Wyjątkiem są Ambasador Ankara i Król Ashga, którzy są
pozytywnie zaskoczeni i pełni podziwu.
************
Podróż
jako ładunek była długa, powolna ale jednocześnie stabilna i
spokojna. Podczas drogi część oddziału drzemała czujnym snem, to
było lepsze rozwiązanie niż nadmiar pogaduszek, które mogły
zwrócić czyjąś uwagę. Na samym szczycie jest dość duszno, a
zarazem nie jest jest jakoś mocno gorąco wręcz przeciwnie sama
temperatura w magazynie na szczycie jest nawet sporo niższa niż ta
na dole.
- Ale tu duchota… niby piwnica a powietrze jest mega
ciężkie… - stwierdził
Otachi chowając się za wysokimi skrzyniami.
-
Jak na szczyt wulkanu jest luz … i dla mnie mogłoby być cieplej
ale moja skóra delikatnie się lepi. - dodała Kiazu, będąca
niedaleko brata.
-
Czuję
się, jakby nie było tutaj w ogóle powietrza.
- dodała Diuna, będąca za innymi skrzyniami.
- Mogę Cie
zapewnić Siora, że jest tu powietrze… - odpowiedział Otachi.
-
Ciekawe
ile nam zajmie zaaklimatyzowanie się?
- zastanawiała się Diuna.
- Pewnie dość szybko. -
odpowiedziała Kiazu.
-
I tak jesteście w ciekawym miejscu, na szczycie tego wulkanu to
powinno być gorąco w huj i dodatkowo duchota. Brzmi jak dobre
zaprojektowany pałac… hmm… Jeśli to możliwe to trzymajcie się
z dala od głównego krateru wulkanu tam to będzie piekło, które
chyba tylko Kiazu przetrwa a i tak może mieć ciężko. -
wtrącił mimochodem Rudy.
- Az kusi mnie tam pójść… -
odpowiedziała Kiazu.
- Pamiętaj
że cały oddział jest ważny a nie tylko TY.
- odpowiedział generał.
- Tak, tak wiem … - odpowiedziała
Kiazu przewracając oczami.
-
Ogólnie mury są tutaj tak grube że moja moc nic „nie widzi” i
ciężko mi nawet w tym magazynie coś „zobaczyć”
– dodał Hachi.
-
No to poruszacie się po omacku, uważajcie tam na siebie. -
Powiedział Rudy.
- Tak jest. - odpowiedział zgodnie oddział.
-
Jeśli
układ jest podobny do tego co było przed wojną to sala tronowa
powinna być w głębi pałacu mniej więcej w centrum.
- dodał generał.
-
Wydaje mi się, że wygląda inaczej, ale też wchodziliśmy chyba od
innej strony … -
dodał Hachi, który obecnie ma na sobie plecak i jest za niego
odpowiedzialny.
- Luz odnajdziemy się i ogarniemy. -
dopowiedział Otachi.
- Jak nie to wparuje z buta i sama do Nas
przyjdzie. - dodała Kiazu.
-
Może lepiej nie? Jeszcze pół armii ściągniesz… -
wtrąciła Diuna.
-
Tylko pół? Sis nie doceniasz Jej ..
- odpowiedział Hachi.
-
Właśnie!
- odpowiedziała Kiazu z uśmiechem.
-
W sumie jakby przyszła sama Nyxana to nie było by takie źle…
- stwierdziła Diuna.
- Koniec
pogaduszek, idziemy. -
wtrącił chłodno Kurai.
- Ta jest. - odpowiedziało zgodnie
rodzeństwo.
************
Generał
Rudy wraz z swoimi dwoma kapitanami je właśnie śniadanie. Panowie
siedzą pod wojskowym namiotem bez ścian. Jest tam tylko jeden długi
stół i dwie równie długie ławki, jednak nikogo więcej nie ma w
bezpośrednim pobliżu. Generał ma odpalonego swojego laptopa, a
kapitanowie maja przy sobie tablety, na których również coś
klikają podczas jedzenia.
- To że Kiazu mi nie odpisuje, to
się zdarza jak nie trafiam w okienko odpisywania… ale że Rina?
To już dziwne … - powiedział nagle Amis.
- A co z tą też
romansujesz? - zaśmiał się Moyoshi.
- Nie… ale jest dobrym
pingiem dla Mojej Kiazu, jak ta nie odpisuje… - odpowiedział
Amis.
- Są na misji, mają ważniejsze rzeczy na głowie niż
prywatne pogaduszki... - wtrącił spokojnie Rudy.
- Taaa…
jesteś pewien, że nic im nie jest? - spytał Moyoshi.
- Na te
chwile myślę, że bankowo nic im nie jest. - odpowiedział
generał.
- Jesteś tego mocno pewny… - powiedział Moyoshi.
-
A Ty jakoś jesteś dziwnie „opiekuńczy” – powiedział Rudy,
wymownie mierząc kapitana wzrokiem.
- Wydaje Ci się … -
odpowiedział nerwowo Moyoshi, prostując się.
- Pewnie jak
zwykle się bawią i wygłupiają... - dodał Amis.
- To by było
bardzo w ich stylu. - dopowiedział Moyoshi.
- No właśnie,
więc nie ma co się martwić. - powiedział generał zapatrzony w
monitor.
- A zapomniałbym, oddział Taakat zgłaszał że
dotarli na miejsce i rozbili obóz. - wtrącił Amis.
- Dobrze,
niech się tam rozejrzą i meldują, aha i zarzućcie im stały
nasłuch. - odpowiedział Rudy.
- Tak jest. - odpowiedzieli
zgodnie kapitanowie, a następnie Moyoshi dodał: - Szukają tam
czegoś konkretnego?
- Mamy odczyty, że tam są dziwne zjawiska
i maja sprawdzić czy to rzeczywiście anomalie czy coś innego. -
odpowiedział spokojnie generał.
************
Neczanski
oddział buszujący po pałacu przeciwników, rozdzielił się. Tym
sposobem Diuna, Kiazu i Rina były jedna drużyną, Hachi i Otachi
drugą, a Kurai porusza się sam. Dzięki temu szybciej badają ten
duży i nieznany teren. Neczańscy Bracia trafili to wielkiego
pomieszczenia, pośrodku którego znajduje się głęboka dziura.
Idzie ona zarówno głęboko w dół jak i wysoko w górę.
-
Strasznie dziwne pomieszczenie. - powiedział Hachi.
- Bro i
mega dobrze tu wieje. - dodał Otachi, a po chwili dopowiedział: -
Tutaj mega dobrze się oddycha.
-
Opiszcie miejsce. -
zainteresował się generał.
- Kamienny tunel idący pionowo w
górę i w dół. - odpowiedział Hachi.
-
A to zapewne system wentylacyjny, w górę prawdopodobnie prowadzi na
powierzchnie, a w dół do rur wentylacyjnych całego pałacu. -
opowiedział Rudy.
- Czyli idąc w dół docieramy do szybkiego
podróżowania po całym pałacu? - zaciekawił się Otachi.
-
Tak, można to tak ująć.
- odpowiedział generał.
- Bro, myślisz o tym samym co ja? -
zapytał Otachi z uśmiechem chochlika.
- I to jeszcze jak Bro.
- odpowiedział Hachi, również szczerząc kły.
Po tych
słowach bracia przybili sobie żółwika, a następnie obaj robiąc
popisowe salta wskoczyli do środka szybu. Następnie zaczęli z dużą
szybkością biec na około po kamiennym ścianach. Jeden w jedna
stroną a drugi w przeciwną, kierując się do dołu, dzięki temu
nie wpadają na siebie jak nie przeszkadzają sobie nawzajem. Po
dłuższej chwili nagle zawiał gwałtowny podmuch powietrza, który
jest na tyle silny, że bez trudu uniósł braci w górę. Wyniesieni
w powietrze neczanie złapali się krzyżowo za ręce, co
spowodowało, że bracia zaczęli wirować jak wiatrak unosząc się
jeszcze wyżej. Następnie kierunek wiatru nagle zmienił się i
neczanie wirując w drugą stronę lecą bardzo szybko w dół.
-
Po prawo na dole jest szyb. - powiedział nagle Hachi, który
chwilowo zamknął oczy i się skupił.
- Dobra Bro –
odpowiedział Otachi, a następnie wietrzny neczanin napiął mięśnie
i stanął pionowo. To spowodowało, że obaj zaczęli wirować
jeszcze szybciej. Nagle Otachi puścił brata, latającego poziomo.
Ziemny neczanin zrobił jeszcze dwa kółka w tym tunelu a następnie
siła odrzutu wepchnęła go w boczny szyb, gdzie zrobił kilka
przewrotów w przód zanim wyhamował. Następnie Hachi zaraz po
wyhamowaniu podbiegł do szybu i swoją kamienna mocą stworzył
zjeżdżalnie, po której popisowo zjechał Jego brat. Tym samym w
końcu obaj byli tam gdzie powinni.
- To było zajebiste! -
krzyknęli radośnie bracia, zaraz po zniknięciu zjeżdżalni
jednocześnie przybijając sobie piątkę.
-
Chce wiedzieć co odwaliliście? -
spytał spokojnie Rudy.
- Nah… - stwierdził Hachi.
-
Jesteśmy w wentylacji. - dodał Otachi, śmiejąc się pod nosem.
-
I tyle mi wystarczy.
- odpowiedział generał.
************
W
innej części pałacu neczanskie siostry skradając się dotarły do
dużej i przestronnej kuchni. Jest w niej ogromny kamienny piec, jak
i parę kuchenek, szafek i blatów roboczych. Po środku jest masywna
wyspa na której stoją jakieś aromatyczne i jeszcze ciepłe
babeczki i owoce. Mimo całkiem wczesnej pory, po tym pomieszczeniu
krzątają się obecnie dwie osoby które wszystko szykują i są
bardzo mocno zajęte robotą. Jednak dziewczyny i tak starają się
być bardzo cicho.
- Nah…
- powiedział Hachi przez łączność.
-
Jesteśmy w wentylacji. -
dodał Otachi.
-
I tyle mi wystarczy.
- odpowiedział generał.
- Ci jak zawsze coś … - wyszeptała
Diuna przewracając oczami i chowając się za wysoką szafką.
-
Dobrze się bawią i tyle … - odpowiedziała cicho Kiazu schowana
za wyspą kuchenną, a następnie dodała: - Idziemy dalej …
-
Taaaa…. - powiedziała Diuna, a następnie ruszyła do
przodu.
Pozostałe siostry również cicho zaczęły iść.
Nagle Diuna wpadła w jakiś pusty garnek stojący na podłodze,
narobiła przy tym sporo rumoru. Psychiczna neczanka w ostatniej
chwili schowała się za lodówką. Niestety narobiony hałas i tak
sprawił, że obie osoby będące w kuchni się zainteresowały i
wymorzyły swoja czujność. Niewiele myśląc Kiazu zmieniła się w
smukła czarną kotkę i najpierw przebiegła kuchcikom pod nogami co
dało możliwość aby Rina wyszła z kuchni prze szeroko otworzone
drzwi, po czym Kiazu zachowywała się jak rasowy kot, a to coś
zwaliła, a to podskoczyła wysoko i wskoczyła na głowę jednego z
kuchcików, aby potem wybić się jeszcze wyżej. Powstał swego
rodzaju chaos gdzie dwóch kuchcików nie mogło złapać jednego
brojącego czarnego kota. Ognista neczanka rozrabiała w kuchni tak
długo póki nie spostrzegła, że obie jej siostry wyszły z kuchni.
Następnie dobrze się bawiąc, i robiąc to w popisowy sposób,
zwaliła jeszcze parę wiszących garnków, jak i przedmiotów
stojących na blacie, jednocześnie uważając aby nikt Jej nie
złapał. Następnie zwinnymi ruchami podbiegła pod okno i udała,
że wyskakuje przez otwarte okno, a tak naprawdę odbiła się od
futryny i uciekła z kuchni tymi sami drzwiami co jej siostry. Jeden
z kuchcików nawet wyjrzał za nią i wręcz zatrzasnął okno, aby
ponownie nie wskoczyła do kuchni.
Okazało się, że otwarte
drzwi kuchenne zaprowadziły neczanki do sporej jadalni z dużym
stołem, który jest przykryty białym obrusem. Pod nim znajdowała
się już Rina oraz Diuna.
- Rany … nadal tu pachnie tymi
babeczkami… - stwierdziła nagle Kiazu, przemieniając się z
postaci kota pod stołem, obok sióstr.
- Może dlatego, że
zgarnęłam parę? - odpowiedziała Diuna z uśmiechem i pokazując w
trzy babeczki w dłoniach.
- Oho czas na śniadanie! -
odpowiedziała radośnie Kiazu, a następnie zabrała dwie babeczki i
jedna dała wodnej siostrze a drugą zaczęła jeść sama.
-
Serio musiałaś ten raban robić?
- wtrącił nagle rudy przez łączność.
- No co? Ważne, że
Nas nie złapali... - odpowiedziała Kiazu.
-
Nie skomentuję tego … ale jesteście niemożliwi… -
powiedział generał lekko załamanym głosem.
- Też Cię
kochamy… - odpowiedziała Kiazu, cmokając kilka razy do łączności
z delikatnym uśmieszkiem i zjadając swoją babeczkę.
************
Wielka
arena otoczona widownią, która jest tak wielka, że pomieściła by
dosłownie wszystko co mogłoby przyjść do głowy. Wszystkie
miejsca dla publiczności są zajęte. Panuje tutaj zgiełk, euforia
i podekscytowanie. Na arenie obecnie toczy się walka między dwoma
uczestnikami walk smoków. Starcie można oglądać zarówno
bezpośrednio na arenie, jak i na ogromnym telebimie. a przednimi
dość wysoko był oszklony pokój pod którym znajdował się
ogromny telebim. Całemu temu widowisku uważnie przygląda się
książę Volaure, który opiera się o szklaną ścianę swojej
komnaty, zajmującej się nad areną. Władca pali papierosa i nadal
przysłuchuje się jednemu neczańkiemu oddziałowi, w taki sposób,
że Oni go nie usłyszą nawet jak się odzywa. Za to słyszy go
neczanski generał.
- Kurai,
jaka jest Twoja pozycja? -
spytał nagle generał.
- Generale, nie ma co go wywoływać…
podejrzewam, że nie odpowie na to pytanie. - powiedział w końcu
Volaure, przerywając trochę napięta ciszę, a następnie dodał: -
Profesjonalnie podchodzi do działania i zachowując totalna ciszę
jest wstanie osiągnąć znacznie więcej zwłaszcza w pojedynkę,
dzięki temu unika złapania...
-
O ile już nie został złapany.
- odpowiedział Rudy.
- Hmm.. na moje Generale w momencie jakby
dał się złapać to już byśmy stracili łączność… nawet jak
mu tego zabroniłeś to obstawiam, że dla ochrony oddziału i tak by
to zrobił.
-
W sumie masz racje Książę.
-
Chyba
już Ci nie odpowie.
- powiedziała nagle Diuna. Z jej perspektywy do tej pory była długa
cisza.
-
I nie musi, jak widać sytuacja w której jest wymaga ciszy.
- odpowiedział Generał.
-
Taaa...
- stwierdziła Diuna.
-
Ale dziwne pomieszczenie
- wtrącił nagłe Otachi.
- Dziwne
to znaczy jakie?
- zainteresował się Generał.
- Jest
spore, bez drzwi i pełne zegarów oraz luster
– odpowiedział Otachi.
- I
z tego co widzimy przez wentylacyjne kraty, to każdy zegar ma inna
godzinę.
- dodał Hachi.
-
I chyba każdy się odbija w co najmniej jednym lustrze.. -
dopowiedział Otachi.
-
Możecie je olać i iść dalej.
- powiedział Generał.
-
Tak jest.
- odpowiedzieli zgodnie Bracia.
Następnie Volaure podpisał
parę dokumentów, w międzyczasie dość uważnie poobserwował
trwające starcie, jak i odpisał na jakąś wiadomość. Przez
dłuższa chwile nawet nie skupiał się zbytnio na tym co mówi
podsłuchiwany oddział.
-
Książę, kiedy byłeś jeszcze kapitanem, to jak duży oddział
miałeś pod swoim komandem?-
spytał nagle generał.
- Dosłownie całą armie. -
odpowiedział prawie automatycznie Volaure, a następnie przypalił
papierosa, zaciągnął się i dodał: - Nasz mały oddział do zadań
specjalnych, że tak to ujmę, liczył w porywach do 3-4 osób i
skład był stosunkowo zmienny.
-
Rozumiem, to bardzo mały oddział.
-
Owszem, lecz małe oddziały mają swoje plusy i jestem pewien, ze
gdyby nie przepisy chętnie byś miał 2-3 osobowe oddziały
chociażby zwiadowcze czy taktyczne do odwracani uwagi.
-
Masz racje Książę. Ogólnie swoboda oddziałowa dałaby wiele
dobrego…
-
A to swoją drogą…
-
Otachi, pa na to! -
powiedział nagle Hachi. Potem dało się słyszeć różne bliżej
nie określone dźwięki, które mogą znaczyć dosłownie
wszystko.
-
Whoooaaa! To teraz moja kolej! -
odpowiedział entuzjastycznie Otachi, i dziwne dźwięki ponowiły
się.
-
Chce wiedzieć co tam robicie?
- spytał Rudy.
-
Nie koniecznie…
- odpowiedział rozbawionym głosem Otachi
-
Przepraszam Książę … Oni są pojebani, ale cholera, skuteczni. -
odpowiedział generał.
- Ta… a to dopiero początek ich zalet
… Generale, tak
długo jak wracają z akcji z takimi a nie innymi wynikami, to jak
dla mnie mogą sobie nawet śpiewać po drodze.
- odpowiedział spokojnie Volaure uśmiechając się pod nosem.
-
To
ja wole aby nie śpiewali, chyba że pod prysznicem, nasze uszy mogą
tego nie wytrzymać. -
odpowiedział Generał.
- Chyba wiesz coś więcej niż ja. -
dodał Volaure, śmiejąc się pod nosem.
-
To opowieść na kiedyś tam.
- odpowiedział Generał.
- Właśnie, minął już
wystarczający czas od zdarzenia aby pojawiły się raporty i o ile
mi wiadomo to na polu bitwy miał być tez Generał Karyami
i Kapitan Eish,
ktoś ich widział?
- Tak
Książę, tez dotarły do Nas takie informacje i to z dość pewnego
źródła. I tak Eish był widziany z dala od mojego obozu za to
bardzo blisko obozów Króla Ashgi jak i Ambasadora Elinar gdzie,
głównie w tym drugim siał pogrom swoją trucizną, wielu przez nią
zmarło, a jeszcze więcej trafiła do lazaretu… Ta jego walona
trucizna dała się mocno we znaki...Za to bezpośrednio na polu
walki nikt nie widział Karyami, a w każdym razie nikt tego nie
zgłosił … za to jeden oddział zgłaszał że był obecny przy
portalu ale tylko przez chwilę. Potem nie wiadomo co się z nim
stało. -
odpowiedział Generał.
-
Rozumiem, podejrzewam, że miał inne zadanie.
-
Obawiam się Książę, że
masz racje, a to raczej nie oznacza niczego dobrego dla Nas…
-
Zobaczymy.
-
Masz Książę jakieś domysły?
-
Nope, jednak to dość niecodzienne zachowanie, jak na tak wysoko
postawionego wojskowego, który nie słynie z zamykania się namiocie
podczas bitew.
-
Masz racje Książę. Karyami
bez jakiegoś rozkazu byłby pierwszy na polu bitwy i pokazywał jak
się tańczy… ciekawe jakie miał rozkazy… Hmmm…. roześle
informatorów i zobaczymy co z tego wyniknie.
************
Wkrótce
neczanki, skradając się długim ciemnym korytarzem, praktycznie bez
okien dotarły pod masywne, złoto zdobione drzwi. Są one bardzo
eleganckie i utrzymane trochę w gotyckim stylu.
- Jakie wielkie
drzwi. - stwierdziła Diuna.
- Takie czerwono czarne z masą
złotych zdobień, i są tak wielkie, że czuje się przy nich
malutka i nic nie znacząca. - dodała Rina, zanim padło
jakiekolwiek pytanie.
- O tak robią wrażenie. - dopowiedziała
Kiazu.
-
Hmmm…. To może być sala tronowa, o tej godzinie istnieje duże
prawdopodobieństwo, że jeszcze jest pusta. Najprędzej władcy są
na zebraniu...
- odpowiedział Generał.
- Dobra to wchodzimy. - odpowiedziała
pewnie Kiazu.
Następnie ognista neczanka nacisnęła na klamkę,
tym samym drzwi do sali tronowej otworzyły się wręcz
bezszelestnie, wkrótce odsłaniając ogromną przestrzeń pogrążoną
w półmroku. Czerń kamiennych ścian ginie wysoko pod sklepieniem,
którego ostrza i łuki przypominają wnętrze gotyckiej katedry,
lecz pomiędzy nimi wyrastają smukłe, kunsztownie zdobione
konstrukcje inspirowane dalekowschodnimi pałacami. Ciemne drewno,
czarny kamień i metal splatają się ze sobą w jedną, niemal
nienaturalną całość, a z wysokich belek zwisają ciężkie,
karmazynowe chorągwie, które poruszają się leniwie w gorącym
powietrzu. Wzdłuż sali ustawione są masywne filary, każdy z nich
pokryty jest misternymi wzorami smoków, których ciała wiją się
wokół kamienia niczym żywe stworzenia. Ma się wręcz wrażenie,
że one w każdej chwili mogą ożyć. Między nimi zawieszone są
czerwone lampiony, rzucające drżące, pomarańczowożółte światło
na posadzkę. Nie wystarcza ono jednak, aby rozproszyć ciemność
tego pomieszczenia. Ten mrok zdaje się być integralną częścią
samego pałacu. Przez
ogromne, wysokie okna do pomieszczenia wpada czerwona poświata lawy.
Intensywne światło lawy przesuwa się po ścianach i kolumnach,
sprawiając wrażenie, jakby cały pałac oddychał własnym, gorącym
oddechem. W niektórych miejscach płomienie odbijają się w
czarnej, wypolerowanej posadzce, tworząc pod stopami iluzję
płynnego ognia. Na końcu sali, wysoko ponad jej poziomem, znajduje
się wspaniały tron, do którego prowadzą
szerokie schody, których każdy stopień tonie w czerwieni i czerni.
Po obu stronach wejścia na podest stoją ogromne posągi smoków,
zwrócone ku sobie, z rozwartymi paszczami i łuskami połyskującymi
w blasku lawy. Ich kamienne oczy zdają się śledzić każdego, kto
próbowałby zbliżyć się do władcy. Sam tron był jeszcze
bardziej imponujący. Wykuty z ciemnego materiału, niemal czarnego
jak noc, został opleciony misternymi, złotawymi zdobieniami
przypominającymi wijące się smoki i płomienie. Nad tronem wiszą
ciężkie czerwone tkaniny, opadające niemal do samej posadzki. Cała
sala sprawiała wrażenie miejsca stworzonego nie po to, by
przyjmować gości, lecz by przypominać im, gdzie się znaleźli.
W
tej majestatycznej sali tronowej, na wspaniałym i nietypowym tronie
wykutym z ciemnego materiału, niemal czarnego jak noc, oplecionym
misternymi, złotawymi zdobieniami przypominającymi wijące się
smoki i płomienie. Zasiada kobieta o
ciepłej karnacji i smukłej, wyraźnie kobiecej sylwetce. Ma ona
długie burgundowe włosy, upięte wysoko w duży, misterny kok, z
którego wymykają się pojedyncze kosmyki opadające na twarz.
Dodatkowo ma na sobie białą koronę powstałą z czaszek jakiś
ptaszych stworzeń, która mocno kontrastują z czerwienią jej
włosów. Jej twarz jest delikatna, o łagodnych rysach, zielonych
oczach i lekkim, pewnym siebie uśmiechu oraz wspaniałych,
błyszczących, pełnych pogardliwego spojrzenia limonkowych oczach.
Jej strój jest niezwykle skąpy i utrzymany przede wszystkim w
czerni
oraz głębokiej czerwieni.
Czarne elementy układają się na jej ciele w ostre, przypominające
pazury, miseczki, które podtrzymują jest duże i kształtne piersi,
podczas gdy czerwony materiał oplata biodra i spływa w dół niczym
płomień. Przy szyi nosi czarną ozdobę z jasnym, czaszkopodobnym
elementem, nadającą jej wyglądowi nieco mrocznego, demonicznego
charakteru. Na jednym ramieniu znajduje się czerwony akcent
przypominający fragment dekoracyjnej narzutki. Cała jej postawa
jest bardzo swobodna, wręcz nonszalancka i nadaje jej aurę kogoś
niezwykle pewnego siebie, przebiegłego i odrobinę bezczelnego.
Zdecydowanie nie wygląda na kogoś, kto musi demonstrować swoją
władzę, raczej na osobę, która doskonale wie, że ją posiada.
- O cholera… - dało się usłyszeć głos Diuny.
-
Co? Co tam jest? -
spytał generał.
- Nyxana! - odpowiedziała z determinacją w
głosie Kiazu, zaciskając pięści.
- Tu jest Nyxana i zasiada
na tronie. - doprecyzowała stosunkowo cicho Rina.
- O cholera…
- powiedział generał.
- No przecież mówię. - odpowiedziała
Diuna.